Co siedzi w głowie nastolatka?

[wdfb_like_button]

Wielu z nas chciałoby zajrzeć za tę zasłonkę, użyć jakiegoś magicznego urządzenia do podglądania i wreszcie uzyskać pełen obraz tego, co dzieje się w głowie dorastającego dziecka. Bo przecież musi być jakieś wyjaśnienie dla tego, czego doświadczamy na co dzień, będąc rodzicami nastolatka: napadów furii, opryskliwości, zaciętego milczenia, niezrozumiałych wybuchów płaczu, różnego typu gróźb („zobaczycie, jak mnie już nie będzie”, „będziecie za mną tęsknić”, „ucieknę i więcej mnie nie zobaczycie”, „ja wam pokażę”), jawnej wrogości, momentami okrucieństwa, oskarżeń, jadowitych komentarzy, podważania i deprecjonowania właściwie wszystkiego, co mówimy, nieustającej krytyki naszego zachowania, myślenia, ubioru, stylu życia, a przede wszystkim – metod wychowawczych.

Jak to się stało?
Trudno zrozumieć, jak z tej kochanej grzecznej dziewczynki, jaką do niedawna była córka, nagle, prawie niezauważalnie, wyrosła najeżona dziewczyna, z wiecznym fochem bądź wyrazem znudzenia na twarzy, krytyczna, ostra w sądach, niezwykle wyczulona na niekonsekwencje i sprzeczności między tym, co mówimy, a tym, co robimy, wymagająca „snajperskiej” czujności od rodziców, którym w kontakcie z nią naprawdę grozi wybuch. I dlaczego tak okropnie się ubiera, przecież to wszystko kompletnie do siebie nie pasuje, dlaczego nakłada kilogramy tapety na twarz – przecież bez makijażu jest znacznie ładniejsza, a poza wszystkim za młoda, makijaż ją postarza, a tym samym (myśl w tyle głowy niedająca się przegnać racjonalną argumentacją), naraża na niebezpieczeństwo. Dlaczego ukochany synek nosi te ohydne spodnie z krokiem w kolanach, pozwala, żeby grzywka zasłaniała całą jego – przecież taką ładną – buzię, odtrąca rękę, która próbuje te włosy odgarnąć, garbi się, unikając pogłaskania po plecach, nie życzy sobie jechać z rodziną na wakacje, włóczy się do późna, nie wiadomo gdzie i z kim, a jeśli jest w domu – nie sposób odciągnąć go od komputera.  Wraca do domu, burknie coś, albo i nie, przemknie przez mieszkanie z rękami w kieszeniach i słuchawkami w uszach, trzaśnie drzwiami od pokoju – i szczelnie odgrodzona/odgrodzony od rodziny pogrąża się w swoich sprawach. Bez przerwy siedzi przy komputerze i gada ze znajomymi albo stuka z koleżankami i kolegami przez telefon, zamierając, kiedy do pokoju wejdzie ktoś z rodziny i przeszkodzi w rozmowie. Przy rodzinnym stole siedzi z wyrazem cierpienia na twarzy, na pytania i próby podjęcia rozmowy reaguje przewracaniem oczami, niechęcią, zamknięciem się w pokoju. Prośby o pomoc w domu, przy opiece nad rodzeństwem lub sprzątaniu czy gotowaniu traktuje jak zamach na wolność i niepodległość i zajadle wykłóca się o czas wolny, możliwość późniejszego powrotu do domu, nocowanie u znajomych. Używa przy tym wielkich kwantyfikatorów („bo ty zawsze”, „bo ty nigdy”), które użyte w jednym zdaniu potrafią obrócić wniwecz lata trudu i poświęceń rodziców, podważyć ich kompetencje jako opiekunów i zanegować ich styl życia jako ludzi.

Nastoletnia złość i chwiejność nastrojów, przy ogromnym natężeniu emocji i zerojedynkowości ich odczuwania, potrafi budzić wśród otoczenia przerażenie – ostrość i stopień nasilenia ich wyrazów zdają się mieć siłę tsunami, wobec której, wiadomo, człowiek jest bezradny. I o to chodzi.

Siła bezradności
Tak długo, jak długo rodzic będzie stosował wobec dorastającego dziecka dotychczasowe metody wychowawcze, starając się uzyskać kontrolę nad jego zachowaniem i podporządkowanie, nastolatek będzie walczył – bo już nie tędy droga. Będzie walczył zaciekle, bo to jedna z najważniejszych bitew w jego życiu – o wolność, autonomię, swoją tożsamość i prawo do samostanowienia. Dopiero wówczas, gdy rodzic doświadczy bezradności wobec własnego dziecka i uzna ją, otwiera się pole do zmiany stosunków rodzinnych, przejścia od systemu opiekuńczo-nakazującego do systemu wspierająco-partnerskiego i traktowania młodego człowieka bardziej adekwatnie do jego wieku.

Może zdarzyć się tak – i niejednokrotnie tak się dzieje – że dla rodziców zmiana podejścia do dorastającego dziecka jest zbyt trudna. Nie chcą lub nie potrafią uznać, że ich rola wobec dziecka wymaga zmiany. Za bardzo obawiają się o swoje dziecko, za bardzo chcą je chronić, by pozwolić mu wyjść do świata w takim zakresie, w jakim ono tego potrzebuje, by się rozwijać i z czasem podejmować prawdziwie dorosłe role życiowe. Ich lęk jest zbyt silny, by zaufać, że dziecko w świecie zewnętrznym sobie poradzi. A jeśli sobie nie poradzi – cokolwiek to dla rodziców oznacza – to wciąż mogą swoje dziecko wspierać i być przy nim.

Może zdarzyć się również tak, że rodzicom trudno jest odpuścić kontrolę i zejść z pozycji autorytetu wobec dziecka, mimo że dziecko systematycznie ich z tego piedestału strąca – im silniejsza kontrola rodziców, tym bardziej zaciekłe i dalej idące próby podejmuje dziecko, by się spod niej uwolnić.

Może również zdarzyć się tak – i tak też często się dzieje – że rodzice nie odpowiadają na wrogość wrogością, nie odrzucają dziecka, nie odcinają się od niego, nie mogąc znieść jego buntowniczych zachowań i kalejdoskopu emocji, tylko dostosowują się do nowej roli, godzą się na to, że na pewne sprawy nie mają wpływu, starają się zrozumieć, co się z dzieckiem dzieje i nie traktują przejawów jego dążeń do autonomii jako osobistych ataków wymierzonych w ich poczucie wartości i kompetencji, a zaczynają negocjować – podobnie jak wówczas, gdy chcą coś uzyskać w odniesieniu do innych dorosłych.

Czego nie warto robić?
Każda zmiana może być trudna, bo nie wiadomo, co ze sobą niesie. Z przeżywania owej trudności wynikają reakcje rodziców na nastoletnie – dla rodziców „wybryki”, dla dorastających śmiertelnie poważne – zmiany zachowania i przeżywania emocji. Jeśli rodzice „okopią się” na dawno ustalonych pozycjach „dawców sensu” i reguł, konflikty między nimi a dorastającymi dziećmi eskalują. Wtedy nastolatkowie często słyszą: „dopóki mieszkasz pod moim dachem, masz się słuchać”, „dopóki na siebie nie zarabiasz, nie masz prawa głosu”, „tak ubrana nie wyjdziesz z domu”, „taki jesteś dorosły, to radź sobie sam”, „jeśli wrócisz po 22, do domu nie wejdziesz”, „traktujesz dom jak hotel”. Mogą wtedy nabrać przekonania, że wolność dają jedynie pieniądze; mogą zacząć obmyślać mściwie sposoby odegrania się na rodzicach poprzez uderzenie w jakiś ich czuły punkt; mogą również, w poczuciu kompletnej bezradności i braku wpływu na własne życie, znaleźć autodestrukcyjne sposoby na uwolnienie się spod wpływu rodziców. Gdy dziecko wykorzysta wszystkie dostępne sposoby radzenia sobie, zaczyna somatyzować, przejawiać objawy fobii, nerwicy, depresji, uzależnienia, zaburzeń odżywiania. Przestaje chodzić do szkoły lub opuszcza się w nauce. To ostateczna broń dzieci, zwłaszcza zdolnych, w rozgrywce o swoje prawa. Często dopiero wtedy zyskują uwagę otoczenia. Rodzice nakładają na dzieci kolejne kary i zakazy, a dzieci obiecują sobie wówczas, że albo nie będą mieć dzieci, bo nie chcą kogoś krzywdzić tak, jak same były krzywdzone, albo że wszystko w wychowaniu swoich dzieci zrobią inaczej. Z punktu widzenia nastolatków rodzice zachowują się zupełnie nielogicznie – jednocześnie wymagają od nich odpowiedzialności i podporządkowania, inicjatywy i uległości, dorosłości i bycia dzieckiem. Borykają się z poczuciem niezrozumienia, odrzucenia, krzywdy – im samym, targanym emocjami, wylęknionym a zarazem omnipotentnym, balansującym na granicy popularności i groźby odrzucenia przez rówieśników, wcale nie jest łatwo.

Nie warto wypowiadać w złości słów, których będzie się później żałowało. Rzucone na nadwrażliwy grunt maksymalnie egocentrycznej osobowości nastolatka, mogą mieć poważne konsekwencje. Nie warto nie przepraszać, jeśli już się to zdarzy. Przyznanie się do błędu stabilizuje stosunki rodzic–dziecko w takim sensie, że pozwala, przynajmniej częściowo, zdjąć z rodziców odium hipokryzji, której niezwykłym detektorem potrafi być nastolatek, i otworzyć przestrzeń do prawdziwej rozmowy oraz umocnić więź. Nie warto rzucać gróźb i straszyć dziecka nierealnymi konsekwencjami. To faktycznie podkopuje autorytet i wiarygodność rodzica. Nie warto krytykować młodego człowieka, bo akurat na krytykę wyczulony jest nadmiernie, a jego własny krytycyzm obejmuje również jego osobę – podwójna dawka może być dla niego nie do przyjęcia. Nie warto ograniczać rozmów z nastolatkiem do pytań o szkołę. Zredukowane do roli ucznia dziecko może uznać, że jeśli nie przyniesie świadectwa z czerwonym paskiem, nie zasługuje na miłość rodziców. Nie warto obrażać się na dziecko i karać go milczeniem. Nie warto stosować kilku sankcji za jedno przewinienie. To po prostu nie działa; wzmaga jedynie frustrację i wytrąca rodzicom argumenty  z ręki. Jeśli nastolatek ma szlaban na kilka tygodni, odcięty komputer i komórkę, czego użyje rodzic, by wyciągnąć konsekwencje w związku z niedotrzymaniem przez dziecko umowy? Dodatkowo narazi się na szyderstwo i kpinę („sam chciałeś; co mi teraz zrobisz?”). Nie warto zapowiadać nieokreślonej strasznej kary o niewiadomym czasie trwania – to budzi niejasne poczucie zagrożenia, ale i pokusę, by sprawdzić, co to jest.

Obie strony cierpią, mierzą się z lękiem, wahaniem poczucia własnej wartości, złością, poczuciem krzywdy, bezradnością. I obie potrzebują zrozumienia i uspokojenia.

Co warto robić?
Większość ludzi z trudem „radzi sobie” z bezradnością – doświadczyć jej i uznać ją to sztuka. Nie chodzi o to, by „odpuścić” dziecku wszystko, ale żeby dopuścić taką myśl, że nie sposób to dziecko skontrolować we wszystkich aspektach jego życia, żeby wiedzieć to, że jeśli będzie chciało, i tak znajdzie sposób na uniknięcie jej czy obejście zakazów i nakazów. Chodzi o to, by zacząć z dzieckiem rozmawiać i negocjować – egzekwować to, co uważamy za istotne, konsekwentnie, ale też brać pod uwagę zdanie dziecka i pozwalać mu na stopniowe poszerzanie autonomii.

Warto wiedzieć, jak rozwojowo przebiega dorastanie i czemu służy. Warto przypomnieć sobie siebie z tego czasu, zanurzyć się we wspomnienia i emocje sprzed wielu lat i wydobyć z nich to, co na nas samych działało, co nam sprzyjało, co dla nas było pomocne. Warto pamiętać, że wybuchy złości czy płaczu niekoniecznie wymierzone są w nas, bo egocentryzm wieku dojrzewania powoduje, że większość zachowań i reakcji otoczenia dziecko nadwrażliwie odnosi do siebie i na to przede wszystkim reaguje. Warto jasno i otwarcie z nastolatkiem rozmawiać, umieć przyznać się do błędu, umieć przyznać rację dziecku. To trudne, ale możliwe. Warto, stosując sankcje, jasno i precyzyjnie określić: jakie konkretne zachowanie dziecka nie będzie tolerowane, jaka dokładnie kara jest za to przewidziana, jak długo będzie trwała (nie powinna być zbyt długa – trwać tygodnie czy miesiące). Warto pamiętać, że dziecko jest przede wszystkim synem czy córką, a bycie uczniem to jedynie jedna z jego życiowych ról. Warto nastolatka wspierać: słuchać, rozumieć, nie zaprzeczać temu, co przeżywa, nie krytykować w nadmierny sposób, okazywać akceptację. Warto dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem, tak aby młodzi ludzie sami lepiej rozumieli, co się z nimi dzieje. Warto dbać o kompetencje społeczne dziecka, tak by możliwie pewnie poruszało się wśród innych. A przy okazji pamiętać, że do ćwiczenia tych kompetencji dziecko potrzebuje kontaktu z rówieśnikami, również po szkole. Warto doceniać jego rzeczywiste umiejętności i autentyczne talenty. Warto przekazywać dziecku – na wiele sposobów – że jest ok., że jest w porządku, że jest wystarczająco dobre w różnych aspektach życia.

Bycie towarzyszem rozwoju, wzlotów i upadków młodego człowieka to wielki przywilej i wielki komplement, jeśli dorastający człowiek zechce podzielić się z dorosłym swoimi rozterkami.

Dodaj komentarz