Co nas uszczęśliwia? Jak zmierzyć poziom szczęścia ?
To prawda… – mruknął Puchatek, spoglądając w lustro i klepiąc się po brzuszku – nie liczy się rozmiar. Liczy się puchatość!
Ostatnio pisząc któryś z kolei tekst, złapałem się na tym, że tematy są zazwyczaj dość trudne, wręcz depresyjne. Albo samobójstwo, albo choroby, albo inne – oczywiście niezwykle istotne, ale jednak – problemy. Tym razem będzie inaczej. Napiszę o tym, co nas uszczęśliwia!
W zasadzie mógłbym zostawić poniżej puste miejsce, które każdy samodzielnie wypełniłby sobie i gotowe. Przecież to Ty drogi czytelniku wiesz najlepiej, co cię uszczęśliwia. A może jednak nie?
Jednak naprawdę zaciekawił mnie ten temat. Jakie jest stanowisko dotyczące szczęścia „ogółu”, a jakie naukowców, badaczy? Czy są zauważalne różnice pomiędzy tym co wydaje się, a tym co realnie istnieje i odczuwamy? Czy człowiek w Polsce inaczej odczuwa szczęście niż człowiek, dajmy na to w Etiopii? Im więcej czytałem, im głębiej zgłębiałem temat, im więcej rozmów przeprowadziłem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że na ten, jak i wiele innych nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Ale po kolei.
W intrenecie aż roi się od artykułów o pozyskiwaniu szczęścia. Jednak te wartościowe można policzyć na jednej ręce nieuważnego drwala… Zazwyczaj we wpisach można spotkać listy 10, 20, 50 lub nawet 100 sposobów na szczęście. Jedne są w miarę proste do zrealizowania: ruszaj się, śmiej się, śpij. Inne już takie proste nie są: przestań martwić się o pieniądze, spłać wszystkie swoje długi lub jeden z moich ulubionych: odwiedź przynajmniej 25 krajów.
Ja postaram się skupić na tych, które wydają się być realne ze względu na ich realizację i nie wymagają ogromnych nakładów, oprócz oczywiście determinacji i chęci ich osiągnięcia. Punkty z poniższej listy nie są ustawione w żadnej logicznej kolejności – piszę to, co pierwsze przychodzi mi do głowy jako ważne.
- Przestań narzekać. Często słyszę od swoich pacjentów: „tego się nie da zrobić”, „tamto się nie uda”. Aż ciśnie się na usta: „a skąd wiesz? Próbowałeś?” Jeżeli nie – spróbuj, ale nastaw się pozytywnie. Jeśli uważasz, że coś się nie uda, to się nie uda! Przecież TY nie możesz się mylić!
- Kiedy się uda – ciesz się z tego (pomijając fakt, że tak naprawdę nie „się udało” ale to Ty to osiągnąłeś/aś). Na pewno nie było łatwo tego dokonać. Możesz być z siebie dumny/a! A jeżeli się nie uda? Przecież próbowałeś, podjąłeś wyzwanie. Jest z czego być dumnym. Miliony osób na całym świecie nie zrobiły nic: ty stanąłeś w szranki z losem. Być może zostałeś tym razem pokonany, ale na pewno nie zwyciężony! Wyciągaj też pozytywne wnioski na przyszłość. Co warto zrobić inaczej, co było zrobione dobrze. Nauka na błędach jest ważna. Skąd byś wiedział, że ogień parzy? Uwierzyłeś na słowo rodzicom? Ja dotknąłem gorącego pieca, tuż po ostrzeżeniu mnie przed tym…
- Szklanka jest do połowy pusta lub pełna. Oczywiście tak jest, ale najpierw zauważ, że w ogóle istnieje. Zauważ, jak wiele dobrych rzeczy nas omija, bo ich nie dostrzegamy. Najpierw uświadom sobie istnienie przyjemności, wyzwań, marzeń. Dopiero później zabierz się za wyznaczanie celów. Najpierw wymyśl co chcesz zrobić, na oceny możliwości realizacji przyjdzie czas później.
- Każdego dnia rób sobie jakąś przyjemność. Może być niewielka: spacer, słuchanie muzyki, wyjście do kina czy rozmowa z przyjacielem przy filiżance espresso. Przyjemności powodują obniżenie napięcia oraz dają poczucie spełnienia. Nie traktuj ich jako nagród, ale jako coś, co ci się należy.
- Są i nagrody. Nagradzaj się za to, że na przykład chciało ci się wstać z łóżka w słotną pogodę i wyjść na spacer. Zjedz w nagrodę ciastko. Ciastki są dobre! Kalorie? A czy ktoś widział kiedyś kalorie w małym ciasteczku?… Ja też nie. Smacznego! (tylko z umiarem, to ma być nagroda, a one są najlepsze w małych ilościach, pozostawiających lekki niedosyt – by chcieć więcej). Nagradzaj się za codzienny wysiłek, uśmiechaj się do siebie. Dokonałeś tego, ponownie przeżyłeś cudowny dzień. Tyle dobrych rzeczy się wydarzyło!
- Daj sobie chwilę ciszy. Potrzebujemy ciszy, poprzebywania z samym sobą bez komputera, smartfona. Daj sobie codziennie kilka minut na zaznajomienie się ze swoim wnętrzem.
- Jeśli natrafisz na trudną sytuację, traktuj ją w kategoriach wyzwania, a nie problemu. Wyzwanie wyzwala ciekawość, kreatywność, determinację. I daje niesamowicie dużo satysfakcji, gdy udaje się je zrealizować.
- Buduj relacje z innymi ludźmi. To one sprawiają, że jesteśmy – jak pisał Eliot Aronson – istotą społeczną. Bez kontaktu usychamy. Nasze myślenie staje się bardziej skostniałe, zamykamy się we własnym sosie niedomówień i domysłów, strachu oraz obaw. Nie mając z kim wymieniać myśli i uczuć w pewnym sensie zatracamy człowieczeństwo.
- Myśl pozytywnie o przyszłości, ale nie odcinaj się od przeszłości. To przeszłość i teraźniejszość buduje przyszłość. Nie oceniaj się krytycznie, wyciągaj pozytywne wnioski. Co się udało, z czego jesteś zadowolony. Notuj te pozytywy i korzystaj z nich.
- Stawiaj sobie realistyczne cele. Określaj czas i sposób ich realizacji. Gdy okazują się zbyt trudne, podziel je na mniejsze kroki. Są one łatwiejsze do zrealizowania.
- Opisz swoje mocne strony. Poważnie. Weź kartkę i napisz, co ci się w tobie podoba, co uważasz za swoją siłę. Gdy masz kłopot ze znalezieniem pozytywów, poproś kogoś o dopisanie czegoś do twojej listy. Zapewniam: będziesz pozytywnie zaskoczony/a.
- Staraj się uszczęśliwiać innych (ale nie na siłę!). Bądź uprzejmy, miły. Ustąp komuś miejsca w autobusie, przeprowadź staruszkę przez jezdnię. Pozytywna energia zawsze wraca, jeżeli nie od innych, to od twojego osobistego przyjaciela- twojego mózgu. Czując się dobrym człowiekiem, stajemy się bardziej zadowoleni z siebie.
- Zawsze pamiętaj o szacunku do samego siebie. To oczywiście bardzo ważne, jak inni cię oceniają, ale jeszcze ważniejsze jest to, jak ty to robisz.. Polub się a polubią cię inni. Czy wszyscy? Zapewne nie, ale czy szczęśliwy człowiek przejmuje się zdaniem każdego na swój temat?
- Uprawiaj sport, choćby to miał być spacer po parku. Nie masz siły? Weź kijki lub zwykłe patyki i przejdź się dookoła bloku. Popatrz, jaki świat jest ciekawy, ile rzeczy dookoła może cieszyć: uśmiechnięte dzieci, śpiewające ptaki, nawet zachmurzone niebo ma w sobie coś wspaniałego i majestatycznego. Pamiętasz jak w dzieciństwie porównywałeś obłoki do kaczki, słonia czy samochodu? Zrób to i teraz, obudź w sobie wewnętrzne dziecko. Zaśmiej się w głos: HAHAHAHAHA!
Mógłbym tę listę rozwijać jeszcze bardzo długo. Byłoby to jednak tylko moje subiektywne spojrzenie na sprawy szczęścia. Bo czymże tak naprawdę jest szczęście? Czy potrafimy je jasno i jednoznacznie zdefiniować?
W ciągu wieków powstało wiele teorii naukowych, które dotyczyły zagadnienia szczęścia.
W Starożytności rozróżniano szczęście dotyczące ludzi i bogów. Dla Greków szczęście równoznaczne było z pożądanym stanem duszy. Arystoteles z kolei mówił, że nikt nie może być szczęśliwy cierpiąc. Uważał, że przyjemność musi być częścią egzystencji człowieka.
W latach dziewięćdziesiątych XX wieku badanie prowadzone przez Davida Mayersa potwierdziło to, co w obiegowej opinii krążyło już dawno: pieniądze szczęścia nie dają! Wystarczy wejść na pewien, w zasadzie niewielki stopień posiadania dóbr doczesnych, aby poziom szczęścia był taki sam jak u osób bardzo majętnych. W pewnym momencie przyrost finansów nie ma już wpływu na wzrost poczucia szczęścia. Taki wpływ ma z kolei posiadanie rodziny czy rodzaj wykonywanej pracy. Co ciekawe, pod tym względem jesteśmy jako ludzie homogeniczni. Nie ma znaczenia miejsce zamieszkania czy kolor skóry.
Niezwykle budujące są wyniki mówiące o tym, ze czas rzeczywiście „leczy rany”. Poziom szczęścia nawet po tak traumatycznych zdarzeniach jak śmierć bliskiej osoby czy np. utrata wzroku u dużej części badanych po kilku latach wraca do normy. Należy pamiętać oczywiście, iż szczęście jest pojęciem subiektywnym i zindywidualizowanym, to co uszczęśliwia jednych, będzie czasem wręcz niezrozumiałe dla innych.
Profesor Janusz Czapiński obserwując polską populację opracował tzw. cebulową teorię szczęścia, która – jak ogr Shrek – ma warstwy.
Najbardziej podstawowa warstwa jest uwarunkowana genetycznie i pozwala nam nie załamywać się w nawet najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Środkowa warstwa dotyczy poczucia szczęścia przeżywanego w aspekcie całego naszego życia, czyli przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Strefa zewnętrzna składa się z małych, krótkich chwil radości i zadowolenia. Epizodów, które często w natłoku zdarzeń nam umykają. Teoria profesora głosi, że to, z której warstwy aktualnie korzystamy, zależy głównie od sytuacji, w której się znajdujemy, a także od naszego nastawienia do świata i tego, ile pozytywnych faktów wyłaniamy z codziennej szarości egzystencji.
Profesor Czapiński wywodzi, iż Polacy czują się szczęśliwi wtedy, gdy dobrze się im wiedzie. A dobrze się im wiedzie, gdy są szczęśliwi. Wynika to z tego, że ludzie szczęśliwi m.in. pełniej realizują się zawodowo, są zdrowsi i dłużej żyją od nieszczęśliwych. Optymiści są bardziej lubiani, mają także więcej znajomych. Problemy traktują jako wyzwania i nie zamartwiają się nimi. Są także bardziej odporni na stres. Co ciekawe, okazuje się, że optymiści myślą szybciej od pesymistów. Być może ma na to wpływ fakt, że nie muszą opracowywać odpowiedzi na negatywne scenariusze podsuwane im przez mózg?
W tym momencie powinno paść pytanie: „Czy jesteśmy w stanie optymizmu się nauczyć?” Odpowiedź na szczęście brzmi: „TAK!”. Pomimo tego, że na nasze zachowanie wpływ mają również uwarunkowania temperamentalne (czyli geny), to jednak cała reszta zależy od nas. To my decydujemy, czy wstając rano lewą nogą powiemy sobie: „Oj, cały dzień stracony”, czy może raczej „Nareszcie! Teraz to już na pewno podbiję świat!”.
Źródło szczęścia leży przede wszystkim w nas samych, to my je budujemy a nie inni ludzie i nie okoliczności. One oczywiście mają na ten poziom wpływ, ale podstawą, opoką i fundamentem jesteśmy my sami i nasze nastawienie do rzeczywistości.
Na koniec wspomnę o bardzo ciekawym badaniu rozpoczętym przez Lewisa Termana ze Stanford University a kontynuowanym na University of California przez m.in. Howarda Fridmna i Leslie Martin. Badanie to trwa już ponad dziewięćdziesiąt lat i ma za zadanie określenie recepty na szczęście i długowieczność. I wiecie co? Okazuje się, że nie ma takiej recepty!!! Co więcej, listy wskazówek stosowane przez badanych były często źródłem frustracji z powodu ich niezrealizowania. Badacze radzą wręcz, aby ich nie tworzyć, tylko żyć w zgodzie z samym sobą (po co ja pisałem początek tego artykułu?). Można ewentualnie tworzyć listy na bieżąco i realizować w miarę potrzeb. Badanie to potwierdziło też wspominana już przeze mnie zależność między poziomem szczęścia a otwartością na innych i optymizmem.
I jeszcze jedno. Warto wspomnieć o teorii przyzwyczajenia. Jak sama nazwa wskazuje, mówi ona o przyzwyczajeniu do… dobrego. To, co kiedyś nas cieszyło, teraz jakby straciło na znaczeniu. Nie zauważamy tego, nie traktujemy jako źródła szczęścia, uważamy, że się nam należy. Ale gdyby nam to odebrać…
Podsumowując. Twórzmy swoje szczęście samodzielnie, szukajmy spełnienia w czymś, co nas cieszy. Mnie ucieszyło napisanie tych paru słów, więc okraszę je za chwilę sporym kawałkiem ciasta z truskawkami, a później pójdę pobiegać. Że co? Zła kolejność? Phi. Mnie to uszczęśliwia!
Więcej o odczuwanym poziomie szczęścia można poczytać na stronach Zwierciadła.